Port Haller i państwo, które wie, po co istnieje.

Kiedy pada pytanie, czy państwo powinno angażować się w projekt Portu Haller, odpowiedź zbyt często zaczyna się od księgowości. Od kosztu, tabeli, rubryki i nieśmiertelnego pytania: „skąd pieniądze?”. To pytanie trzeba zadać, ale nie wolno sprowadzać całej sprawy wyłącznie do niego. Państwa nie buduje się z ostrożności. Państwa buduje się z decyzji, które przez kilka pierwszych lat wyglądają na przesadę, a po dwóch dekadach okazują się oczywistością.

Mariana Mazzucato, autorka „The Entrepreneurial State”, opisała właśnie ten mechanizm: wielkie przełomy rzadko rodzą się tam, gdzie ryzyko zostało już policzone, zabezpieczone i wpisane w arkusz zwrotu z kapitału. Rodzą się wcześniej. W miejscu, w którym rynek jeszcze się waha, a państwo potrafi nadać kierunek.

W neoliberalnej narracji państwo jest strażnikiem nocnym. Ma pilnować porządku, naprawiać awarie, czasem dopłacić do tego, czego prywatny kapitał nie chce dotknąć. Mazzucato odwraca tę narrację. Pokazuje państwo jako inwestora pierwszej instancji: cierpliwego, narażonego na porażki, finansującego etap, którego prywatny kapitał najczęściej unika, bo jeszcze nie umie go wycenić.

Jej książka nie broni biurokracji. Broni pamięci o tym, że za wielkimi przełomami rzadko stoją wyłącznie samotne jednostki, a częściej instytucje, ryzyko publiczne i państwo, które miało odwagę myśleć dłużej niż jedna kadencja. Internet wyrósł z ARPANET-u i finansowania Departamentu Obrony USA. GPS był technologią wojskową, zanim stał się oczywistą funkcją w telefonie. Ekrany dotykowe, rozpoznawanie głosu, mikroprocesory, technologie wykorzystywane później przez Apple w iPhonie, powstały dzięki ekosystemowi publicznego finansowania: DARPA, NASA, NSF, NIH, SBIR. Prywatny geniusz nie znika z tej historii. Po prostu nie jest sam.

Mazzucato opisuje również sektor farmaceutyczny. Przez dekady amerykański NIH finansował badania podstawowe, których rynek nie chciał finansować w pełnej skali, bo ich wynik był niepewny, odległy i trudny do zmonetyzowania. Dopiero później pojawiali się komercyjni zwycięzcy. To nie jest zarzut wobec biznesu. To opis podziału ról: sektor publiczny przejmuje niepewność, sektor prywatny wchodzi, gdy ryzyko staje się policzalne.

Sens tezy Mazzucato jest prosty: nie ma innowacyjnego rynku bez wcześniejszej, cierpliwej i często niewidocznej inwestycji publicznej. Państwo nie tylko koryguje rynek. Państwo potrafi tworzyć rynek.

Port jako narzędzie sprawczości


Port jest najstarszym instrumentem sprawczości państwa morskiego. Kto ma port, ten nie tylko przyjmuje ładunek. Ten decyduje, którędy płynie handel, gdzie powstaje magazyn, dokąd jedzie kolej, gdzie rodzi się praca i kto pobiera ekonomiczną rentę ze swojego położenia.

Port Haller jest próbą wyrwania polskiej logistyki z defensywnej roli, w ramach której tylko przyglądamy się cudzym szlakom i cierpliwie znosimy cudze wąskie gardła. Polska leży na osi Bałtyk-Adriatyk. To zdanie powtarzano tyle razy, że prawie przestało już cokolwiek oznaczać. A przecież znaczy bardzo dużo: położenie jest aktywem tylko wtedy, gdy jest uzbrojone w infrastrukturę.

Bez infrastruktury geografia jest dekoracją. Z infrastrukturą staje się polityką.

W przypadku Portu Haller ten argument jest tym mocniejszy, że część układu infrastrukturalnego już powstaje. Inwestycje drogowo-kolejowe towarzyszące elektrowni jądrowej Lubiatowo-Kopalino liczone są w miliardach złotych. W materiałach Port Haller wskazano kwotę 4,76 mld zł jako wartość infrastruktury dostępowej, która zmienia rachunek całego przedsięwzięcia. Nie budujemy portu w próżni. Budujemy go przy korytarzu, który i tak zostanie uzbrojony.

Nie tylko Choczewo. Północna kotwica


W roku 2029 ma zostać uruchomiony tunel bazowy Semmering, ostatni brakujący element kolejowego Korytarza Bałtyk-Adriatyk. To nie jest odległa austriacka ciekawostka. To wydarzenie, które zmieni mapę przepływów towarowych Europy Środkowej. Od portów Adriatyku, przez Austrię, Czechy, Śląsk i Pomorze, powstaje ciąg, którego północnym ujściem musi być Bałtyk.

Jeżeli Polska nie przygotuje własnej przepustowości, strumień ładunku nie zniknie. Znajdzie inne ujście. Tak działa logistyka. Jest cicha, zimna i mało patriotyczna. Idzie tam, gdzie jest miejsce, czas i koszt.

Dane Ro-Ro pokazują tę logikę bez retoryki. W 2024 roku port Szczecin-Świnoujście obsłużył 468 346 jednostek frachtowych, Gdynia 201 566, a Gdańsk 28 212. Łącznie polskie porty osiągnęły około 698 tys. jednostek frachtowych, przy wzroście rok do roku. Jednocześnie drobnica promowa Świnoujścia pozostawała poniżej poziomu z 2021 roku. To nie jest obraz zapaści. To obraz systemu, który pracuje intensywnie, ale bez komfortowego marginesu bezpieczeństwa.

Idea, nie fetysz inwestycyjny


Siła sprawcza tego projektu polega na prostym przekonaniu: Polska nie musi być wyłącznie zapleczem cudzej logistyki. Może być organizatorem przepływów. Może budować porty, które nie tylko obsługują rynek, ale również tworzą nowy rynek. Może myśleć w czasie dłuższym niż kadencja, konferencja i cykl medialny.

Port Haller staje się symbolem dojrzalszego państwa. Państwa, które rozumie, że infrastruktura nie jest kosztem ubocznym rozwoju, ale jego warunkiem. Państwa, które nie pyta wyłącznie, czy prywatny inwestor już przyszedł, lecz potrafi zapytać, co trzeba zrobić, aby chciał przyjść za pięć, siedem, dziesięć lat.

Odpowiedź sceptykom
Argument sceptyczny brzmi zwykle elegancko: gdyby projekt był dobry, prywatni inwestorzy sfinansowaliby go sami. Jest w tym zdaniu pozór rozsądku i poważny błąd. Ono zakłada, że rynek finansuje przyszłość w momencie, w którym przyszłość jest jeszcze nieczytelna. Tymczasem rynek częściej finansuje przyszłość dopiero wtedy, gdy ktoś wcześniej zapłacił za jej rozpoznanie.

Tak było z technologiami cyfrowymi. Tak było z częścią farmacji. Tak było z energią, kosmosem, obronnością i infrastrukturą. Prywatny kapitał przychodzi szybciej tam, gdzie państwo wykonało pierwszy ruch: wytyczyło kierunek, zabezpieczyło dostęp, obniżyło niepewność i stworzyło warunki gry.

Port Haller powinien być rozumiany właśnie w ten sposób. Jako pierwszy ruch. Nie przeciw rynkowi, ale przed rynkiem.


Mazzucato przypomina, że największe gospodarki nie rosły dzięki temu, że państwo stało z boku i czekało na perfekcyjny biznesplan. Rosły, bo potrafiły inwestować w to, czego jeszcze nie było, ale co mogło stać się podstawą nowego rynku.

oprac. Juliusz Grabowski